Spotkania (byłych) wygnańców
Obecni i byli mieszkańcy Grodźca spotkali się nad odrestaurowanym grobem pastora Josepha Storcha, który przewodził grodzieckiej społeczności w wieku XIX. To normalne, w takich miejscach jak Grodziec to cmentarze przechowały historię, którą teraz ludzie próbują odnaleźć i oswoić.Nad grobem pastora Storcha stanęli ludzie, których pozornie dzieliło wszystko. Z jednej stronie potomkowie Kresowiaków, polscy hurrapatrioci, którzy 3 maja wywieszają biało-czerwone flagi nie tylko na urzędach. Z drugiej - Czesi i Niemcy, którzy jako dzieci wyjechali stąd razem z Wehrmachtem. Po jednej stronie katolicy, gorliwi wyznawcy Maryjnego kultu, po drugiej - wierni Kościoła Ewangelickiego Reformowanego, duchowi spadkobiercy husytów, którzy zawsze mieli z katolikami na pieńku. Mało tego, dzieliła ich nie tylko narodowa tożsamość i religia, ale także zwyczajny ludzki lęk o bezpieczeństwo swojego miejsce na ziemi. Bo jak tu się nie bać, gdy do twojego domu przyjeżdżają jego byli właściciele?Ten strach w ludziach był i pozostał, niełatwo go przezwyciężyć. Jeszcze kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, by takiego współdomownika z przeszłości przywitać, zaprosić do domu i poczęstować kawą. A dziś? Dziś jest inaczej, czterdziestolatek z Norymbergi opowiadał z zapałem, że jego rodzice mieszkali tu pod numerem takim to a takim, a dziś mieszka tu pan G.- To jest teraz piękny dom - mówił łamaną polszczyzną.Pogaduszkiprzy piwieW Grodźcu dokonuje się właśnie cud porozumienia, jakby wyjęty z najnowszego śląskiego mitu, który mówi, że żyjący tu kiedyś i dziś ludzie potrafią się porozumieć, bo wielu z nich ma za sobą doświadczenie wypędzenia i budowania nowej Małej Ojczyzny. Niemiec ze wzruszeniem wspominający swój śląski Heimat zawsze znajdzie wspólny język z repatriantem zza Buga, który do dziś tęskni za Lwowem.Takich spotkań jest w Opolskiem więcej, niemal każda opolska gmina ma partnerskie porozumienia z niemieckimi miasteczkami, niejednokrotnie takimi, do których trafili miejscowi wypędzeni. I nic dziwnego, bo te partnerschafty zaczynają się zazwyczaj od kontaktów prywatnych, często po prostu rodzinnych.Grodziec jest jednak przypadkiem szczególnym - ta wieś została zbudowana przez wygnańców i od zawsze tylko wygnańcy tu mieszkali. Dziś oczywiście wszyscy oni są już jednak byłymi wygnańcami, takimi, którzy chętnie wspominają stare dzieje, ale w swoich nowych Małych Ojczyznach czują się jak najbardziej u siebie. Oni marzą o nostalgicznych odwiedzinach, ale nie o powrocie, bo dobrze wiedzą, czym taki powrót by się skończył. Prawo do powrotu nie może oznaczać kolejnych wypędzeń - oto zasada, na której opiera się poczucie bezpieczeństwa mieszkańców Opolszczyzny.Deklaracje w sprawie niemożności takich powrotów składają politycy, a zwykli ludzie bez celebry składają sobie zwykłe wizyty. Spotykają się bez wielkich słów, nad kuflem piwa, w rytm ludowych przyśpiewek. Takie właśnie były obchody 250-lecia założenia Grodźca. Miejscowy katolicki proboszcz ks. Edmund Cisak oraz pastor z Zelowa Mirosław Jellinek wspólnie poświęcili grób pastora Storcha i odprawili ekumeniczną mszę, a potem goście zwiedzili szkołę, wysłuchali grzecznie kilku przemówień, by na koniec zasiąść do znacznie ważniejszych pogaduszek nad kiełbaską z grilla.Bracia Czescykarczują las...Każdy wypędzony ma własną historię, ale w tych różnych wygnańczych scenariuszach można jednak zawsze odnaleźć podobne tony. Od zawsze noszą oni w sobie jaki rys obcości, niedopasowania do miejsca, w którym przyszło im żyć. W przypadku założycieli kolonii Friedrichuvhradec była to odmienna religia, która nie pozwoliła im na spokojne życie pod rządami arcykatolickich Habsburgów.- Tak naprawdę zaczęło się to bardzo dawno. W XI wieku nauczał Paweł Waldus, ubogi kaznodzieja bardzo podobny do św. Franciszka. Franciszkanie zostali przez Rzym uznani, ale Waldensów ogłoszono heretykami i niemal w całości wytępiono. Niektórzy schronili się wówczas na południu Czech i tam kilkaset lat później ich poglądy odżyły dzięki Janowi Husowi. Sam Jan Hus został w 1415 roku spalony na stosie, ale Czescy Bracia pozostali przy swojej wierze. Dopiero gdy w 1620 roku ponieśli klęskę w bitwie pod Białą Górą, musieli zejść do konspiracji i udawać katolików. Po wojnach śląskich, gdy Austria straciła śląskie ziemie na rzecz Prus, uciekli przed prześladowaniami ze strony Habsburgów i poszukali azylu pod rządami pruskiego króla Fryderyka - opowiada pastor Jellinek.Potomkowie husytów przeżyli wtedy wygnańczą gehenną. Pruski generał Kalkstein, który odpowiadał za ich przesiedlenie, nie był dobrym organizatorem - w punkcie przesiedleńczym w Ziębicach z głodu zmarła jedna czwarta uchodźców. Nic dziwnego, że Friedrichuvhradec zbudowano w pośpiechu, z dnia na dzień karczując gęste lasy. Kolonia rozwijała się tak szybko, że cały czas była przeludniona. Mimo założenia nowych kolonii w Pietrówce czy Zelowie, w samym Grodźcu panowała bieda, z którą zaciekle walczył pastor Storch, wspierając ubogich datkami z kościelnej kasy, rezygnując z opłat za posługi kapłańskie i żądając wsparcia ze strony burmistrza Radimerskiego.- Mimo nacisków ze strony pruskich władz Czescy Bracia nie dali się przerobić na dobrych niemieckich luteran. Pod koniec XIX wieku niemiecki pastor Klar pisał, że parafia w Grodźcu nie powinna być nazywaną luterańsko-ewangelicką, ale czeską zreformowaną braterską parafią -mówił nad grobem pastora Storcha Paul Daniel, dziś mieszkający w Norymberdze.Grodzieccy bracia czescy pozostali wierni językowi i religii. Robili też wszystko, by czuć się tu na swoim miejscu. Gdy w drugiej połowie XIX wieku wieś doszczętnie strawił pożar, wzorowo ją odbudowali, wznosząc nową dwupiętrową szkołę i jednonawowy kościół w stylu neogotyckim.Czeski okres dziejów Grodźca zakończył się definitywnie wiosną 1945 roku, gdy wycofujący się Wehrmacht kazał mieszkańcom pakować manatki. Wyjechali właściwie wszyscy, choć w innych wsiach większość ludzi pozostała na swoim. Może 200 lat to okres zbyt krótki, by naprawdę zapuścić korzenie?... a lwowiacy malują płotyNowi mieszkańcy, którzy zasiedlili opuszczone domy 23 kwietnia 1945 roku, nigdy by pewnie nie uwierzyli, że kiedykolwiek zostaną wygnańcami. Ich rodzinna wieś Biłka pod Lwowem została założona w XIV wieku za czasów króla Kazimierza Wielkiego. I choć przez wieki biłczanie znosili najazdy Tatarów i Turków, a w końcu zderzyli się z ukraińskim nacjonalizmem, nie mieli świadomości, że Rzeczpospolita mogłaby ich ziemie utracić. Dopiero co odbudowywali Biłkę Królewską z wojennych zniszczeń, stawiając pomnik biłczanom poległym 24 listopada 1918 roku w krwawej bitwie z Ukraińcami. Wierzyli, że przetrwają i Sowietów, choć ci wywieźli na Sybir 43 biłeckie rodziny. Sowietów zastąpili Niemcy, a biłczanie założyli punktu silny oddział Armii Krajowej, który bronił potem wsi przed atakami UPA. Cierpieli, wierząc, że Ojczyzna do nich wróci. Nie wróciła. Biłczan nazwano repatriantami, choć do żadnej innej ojczyzny wracać nie chcieli. Kazano iść precz, towarowymi wagonami zawieziono pod Opole i tam nakazano zasiedlić opuszczony Friedrichgratz.Kresowiacy oswajali obcy świat przez całe lata, płakali za Biłką, obawiali się nowej wojny i powrotu Niemców. Do czasu, aż proboszczem został ks. Cisak, ich krajanin z Pokucia, też wywieziony na Sybir. To on odzyskał dla Grodźca cudowny obraz Matki Boskiej, który wisiał w kościele w Biłce, a w 1945 roku został potajemnie wywieziony do Polski przez ostatniego proboszcza Wincentego Urbana, późniejszego sufragana wrocławskiego. Powrót Matki Boskiej Biłeckiej, potem ogłoszonej Matką Boską Sybiraków, był doskonałym pretekstem, by nakłonić parafian do przebudowy ewangelickiego kościoła.Ks. Cisak wspomina, że Matka Boska pomogła mu raz jeszcze. W 1965 roku z okazji peregrynacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej rzucił hasło: Na przyjęcie Królowej Polski - domy tynkowane, płoty malowane. Wieś szybko odnowiono, i mieszkańcy Grodźca wreszcie poczuli, że może naprawdę są jednak u siebie.Ale na miejscowych Ślązaków cały czas patrzyli czujnie: do legendy ludzie wspominają bójki na zabawach między miejscowymi a chadziajami z Grodźca. Ale sąsiedzi poznawali się coraz lepiej, razem pracowali w pobliskiej Hucie Małapanew, razem pielgrzymowali na Jasną Górę. To też zasługa ks. Cisaka, który w w 1977 roku nakłonił ks. biskupa Alfonsa Nossola do zorganizowania pierwszej pielgrzymki opolskiej diecezji do Czarnej Madonny. Wcześniej chadzali tam nieliczni Opolanie.Mally puka do drzwiStare lęki wciąż jednak były żywe. Gdy na Opolszczyźnie ujawniła się zorganizowana mniejszość niemiecka, nie tylko w Grodźcu ludzie zamarli z niepokoju. Nic się jednak nie stało, grodzieccy radni współrządzili gminą razem z radnymi ze śląskich wiosek, a mniejszość solidarnie pomagała im załatwiać kredyty na budowę wodociągów w niemieckich fundacjach. Niemiec, ten miejscowy i ten zza Odry powoli przestawał budzić niechęć i niepokój.I w tych nowych czasach do drzwi sołtysa Jana Grabowskiego zapukał pewnego razu Gunther Otto Mally z Norymbergi, były mieszkaniec który chciał odnaleźć na cmentarzu płyty nagrobne dawnych mieszkańców. Nagrobki odnaleziono, odrestaurowano i złożono w jednym miejscu. To od chwili zadumy nad grobami przodków zaczyna się każda kolejna wizyta byłych mieszkańców. Bo po Mallym zaczęli przyjeżdżać następni, jedni z Norymbergii, inni z Karlovych Varów. Między sobą rozmawiali po czesku lub niemiecku, z mieszkańcami Grodźca zazwyczaj po polsku.Grodziec przestał się bać swojej historii. Z okazji 250-lecia wsi przed kościołem ustawiono jeden słup z nazwami wszystkich miejscowości zasiedlonych przez Czeskich Braci i drugi z historycznymi nazwami samego Grodźca. Jest wśród nich nazwa Grodziec Lwowski, która podobno nigdy nie była używana oficjalnie, stosowali ją jedynie miejscowi, którzy chcieli symbolicznie oswoić swoje nowe rodzinne strony. Dziś wygląda na to, że w końcu im się udało.